Relacja ze spływu kajakowego, na który z grupą znajomych wybraliśmy się 21-22 lipca 2007.

Spływ kajakowy Biebrzą

21-22 lipca 2007


Razem z grupą znajomych w związku z nieuchronnie zbliżającym się końcem studiów postanowiliśmy zorganizować jakiś wspólny wypad. Miała to być niezapomniana przygoda, którą każdy z Nas miał zapamiętać do końca życia i to z jak najlepszek strony. Na samym wstępię zdradzę, że taka była, ale co się działo i wydarzyło zdradzę dalej :). Uzgodniliśmy wspólnie, że najlepszym pomysłem będzie spływ kajakowy. Jako miejsce wybraliśmy Biebrzę, zwaną ostatnim "Mohikaninem" polskich rzek. Dlaczego Biebrza ?! Odpowiedź jest prosta ... Dzika, nieujarzmiona, piękna, tajemnicza, z dala od cywilizacji - czyli to co Tygryski lubią najbardziej :) Nasz wypad zaplanowany był na 2 dni. W związku z tym trzeba było ustalić jak najlepszą trasę. Zdecydowaliśmy się na odcinek Lipsk - Sztabin, o długości ok. 11 km.

trasa_splywu

Dzień I

Cała Nasza paczka spotkała się w Lipsku przy budynku Miejskiego Ośrdoka Sportu i Kultury. Na jednej ze stron internetowych przeczytaliśmy, że do Biebrzy prowadzi 500 metrowy odcinek wąskiego kanału, którym trzeba dopłynąć z miejsca wodowania do Biebrzy. Niestety w okolicy Ośrdoka nie było, żadnego kanału !! Okazało się, że miejsce wypożyczania i wodowania kajaków znajduje się ok 2km od Ośrodka. Ze wszystkimi tobołami ruszyliśmy po kajaki. Na miejscu urzędował starszy Pan, wydał nam kajaki i inne rzeczy kto co chcial (kapoki i wiosła, do koloru do wyboru). Kajaki do najnowszych nie należały, trochę połatane, poklepane ale pływały i nie przeciekały :)
wodowanie Stąd rozpoczynaliśmy nasz spływ.
W tle widać pomieszczenia, w których petrzymywane są kajaki oraz kawałek kanału, którym się dopływa do Biebrzy. Jak widać kanał był mocno obrośnięty rzęsą wodną. Były małe problemy z wodowaniem, ponieważ kanał był płytki i nie było jak się odepchnąć od brzegu, a nikt nie chcial moczyć nóg w tej wodzie.

Wodowanie ... no tu było trochę zabawy. Po spakowaniu sprzętu do kajaków trzeba się było zwodować. Czynność ta okazała się dość trudna ze względu na płytkie i mocno zamulone bajorko. Ktoś musiał się poświęcić wejść w ten mół i odpychać innych :) Ledwo pokonaliśmy pierwszą przeszkodę, napotkaliśmy drugą. Zarośnięty trzcinami "wjazd" do kanaliku ! Konieczne było mocne rozpędzenie kajaka i przebicie się przez zaporę. Od teraz dzieliło już nas tylko 500 metrów do Biebrzy.
przeszkoda2Druga przeszkoda w postaci zatoru trzcinowego.
Mocniejsze machnięcie wiosłami, rozpędzenie kajaka i przeszkoda pokonana ;)

W końcu wpływamy na piękne i dzikie wody, rzeki Biebrzy. Czysta woda, dużo zieleni, pięknych lilii, pogoda dopisuje. Cisza i spokój. Żadnych krzyków, wrzasków i warkotów samochodów. Oba brzegi porośnięte wysoką trzciną. Za trzcinami rozlewiska porośnięte bujną i kolorową roślinnością. I tak cały czas :) Słońce coraz wyżej, my coraz bardziej opaleni i zafascynowani tym widokiem. Bez wcześniejszego przygotowania fizycznego machamy wiosłami, nie za szybko, nie za mocno. Grzechem byłoby spieszyć się i marnować tak piękne widoki. Płyniemy, płyniemy i nagle "Koniec rzeki !!!" Krzyczy ktoś z przodu. Faktycznie na rzece "mur" z trzcin. Wiola z Tomkiem jako załoga przodująca, zaczęli sondować wiosłami i nogami jaka jest głębokość. Okazało się, że rzeka w tym miejscu była porządnie zarośnięta na całej szerokości jedynie po środku było miejsce gdzie rozpędzony kajak zawisał na trzcinach a dalej trzeba było ostrożnie wyjść, stanąć na udeptanych trzcinach i przepchać kajak. Czynność ta wymagała skupienia i ostrożności co prawie wszystkim się udało. Prawie ... bo nasz kolega Krzysiek zaliczył kąpiel w rzece. Stanął nogą nie tam gdzie trzeba :P Wspomnę tylko, że głębokość rzeki przekraczała tam 2 metry (wiosło kryło i jeszcze dna nie było czuć). Wszyscy którzy się już przeprawili walczyli o jak najlepsze miejscówki do robienia zdjęć, jak Krzysiek z Emilką próbują pokonać tą przeszkodę :)
przeszkoda3Przeszkoda, przy której był ubaw po pachy.
To właśnie w tym miejscu, na całej szerokości rzeki powstał mur z trzcin. Jedno miejsce nadawało się jako tako do pokonania, ale tylko z jedną osobą w kajaku. Druga musiała wysiąść, ostrożnie przepchnąć kajak i szybko wskoczyć do niego z powrotem.
Po niecałych 5 godzinach dopłynęliśmy do naszego miejsca koczowania. Spodziewaliśmy się tam jakiegoś pola namiotowego, ale była jedynie łąka i nikogo poza nami.
namiotzRozbijanie namiotów.
Ponieważ było jeszcze jasno, czym prędzej rozbiliśmy namioty i przygotowywaliśmy się do wieczornego ogniska. W oddali widać most, przez który co i raz przejeżdżały pociągi dając nieźle w kość, tym bardziej wrażliwym na hałas przy zasypianiu.
Po rozbiciu namiotów, co niektórzy wskoczyli do wody aby się ochłodzić i ostudzić ciało nagrzane słońcem. Woda była super od razu robiło się lepiej. Wieczorem przyjechał do Nas autem kolega Krzysiek S. który mieszka niedaleko i przywiózł nam drzewa na ognisko. "Płonie ognisko i szumią knieje ... " hehe oj było miło. Niektórzy poszli wcześniej spać, a co odważniejsi zostali i opowiadaliśmy historie o duchach :P atmosferę seansu spirytystycznego podgrzewały" Nam wyjące psy i miałczące koty po drugiej stronie rzeki z okolicznej wioski :) Największą atrakcją był pociągi przejeżdżające przez most znajdujący się 100 metrów od naszych namiotów :)
ogniskoPłonie ognisko i szumią knieje ...
Po długim wiosłowaniu i wizją powtórki z rozrywki, na dzien drugi trzeba się było posilić. Ognisko rozpalone, kiełbaski upieczone, piwko ... niestety ciepłe :)

Dzień II

Po ciężkiej nocy (pociągi przejeżdżające przez most i ból spowodowany spaloną wręcz skórą) raniutko bo już ok.7 wstaliśmy, aby wyruszyć w dalszą drogę. Krótka kąpiel na rozbudzenie i odświeżenie. Potem śniadanko i sprzątanie. Zwijanie naszego "osiedla" i płyniemy dalej. Rano dołączył do nas kolega Krzysiek, ten sam co przywiózl drzewo na ognisko i ten ostatni dzień podróży kończył z Nami. Nie będę kłamał ... dzień poprzedni dał Nam się wszystkim w kość i chyba każdy chciał jak najszybciej dopłynąć do Sztabina, wsiąść w autobus i wracać do domu. Na szczęście pogoda troszkę się pogoroszyła. Było ciut chłodniej, dzięki czemu płynęło się Nam lżej.
lodkaWidoki jak z obrazka.
Będę to powtarzał non stop, ale Biebrza z każdym machnięciem wiosłami zaskakiwała nas swoim pięknem i urokiem.
W końcowym odcinku zaczęło wiać dość mocno, zachmurzyło się i obawialiśmy się burzy. Na szczęście na wietrze się skończyło. Duże fale powodowane przez wiatr, a przez to wysokie fale również były kolejnym utrudnieniem. NAjśmieszniejsze jest to, że znów napotkaliśmy niemiłą niespodzianką tą samą co dzień wcześniej. Na szczęście i tym razem wystarczyło się rozpędzić i kajak przepłynął :)
znakA to co ... ?
Jak widać, nawet na rzekach są odpowiednie znaki informacyjne. W sumie na rzece ciężko się zbugić, ale widocznie jest to potrzebne czasami.
Gdy dopłyneliśmy na miejsce (Sztabin) każdy wyczekiwał Pana, który miał zabrać kajaki i odwieźć Nas do Lipska. Po dość długim wyczekiwaniu przyjechał. Brykę miał full wypas - ŻUK :P co prawda nie wchodziła dwójka, kajaki mało co z przyczepki nie wleciały do środka auta, ale emocje w trakcie jazdy - bezcenne ;)

Podsumowanie.

Wycieczka była jak najbardziej udana. Mieliśmy okazję choć w części, poznać chyba najpiękniejszą rzekę Polski. Na pewno każdy z Nas zapamięta ten spływ na długo. Miało być ciekawie, zabawnie, interesująco i wyśmienicie. Jestem pewien, że w czasie tego spływu było wszystko co potrzeba, a nawet więcej. Dla każdego coś miłego. Mniej przyjemne były kolejne dni, w których leczyliśmy swoją poparzoną skórę :)